niedziela, 16 stycznia 2011

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

Okrutnie wymęczył mnie ten Cantona z poprzedniego tekstu. Przy tym jestem w trakcie pisanie ze trzech kolejnych jednocześnie. Uznałem więc, że zrobię sobie przerywnik. Temat, jak najbardziej, piłkarski, jak najbardziej historyczny. Jednak piłkarz, o którym chcę dziś Wam napisać nie jest klasy Pelego, o któym pisałem w pierwszej notce, czy Cantony – bohatera ostatniej opowieści. Chociaż od słynnego Francuza jest w pewnej, zupełnie piłkarskiej konkurencji lepszy! Zagrał on bowiem w finałach mistrzostw świata i to aż trzy mecze (Cantonie się to nigdy nie udało przeczytaj tu - cz I i tu cz II, jeśli chcecie wiedzieć na ten temat więcej). Najpierw jednak obejrzyjcie to:



 

Z początku wydawało się, że obrońca Zairu (dziś Demokratyczna Republika Kongo),  Ilunga Mwepu nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co zrobił. Wersję taką przedstawiano jako „oficjalną”, gdyż mieściło się to w ówczesnej konwencji drużyny z Czarnej Afryki (notabene pierwszej w historii MS), która przyjechała, bo ktoś przyjechać musiał, a tak naprawdę piłkarze wyszli niedawno z buszu. Jak się później okazało sprawa była nieco bardziej skomplikowana.

Mobute Sese Seko -  krwawy dyktator Zairu przez ponas 30 lat

Zair w 1974  na mistrzostwach świata statystował. Jednym z graczy był Ilunga Mwepu

Zairem w tamtym czasie rządził satrapa i dyktator, Mobutu Sese Seko, który z piłki nożnej zrobił narzędzie propagandy. Futboliści z tego kraju rządzili na swym kontynencie, a po udanych eliminacjach i pokonaniu w grupie finałowej Zambii i Maroka dyktator obiecał każdemu piłkarzowi willę, samochód i po 20 tys dolarów na głowę. Do czasu mistrzostw nie wywiązał się z obietnicy, co piłkarze mocno przeżywali. Na boisku było, źle, choć w pierwszym meczu Weltmeisterschaft ’74 czarnoskórzy piłkarze przegrali ze Szkocją tylko 0-2. Jednak drugi mecz i klęska z Jugosławią 0-9 jest do dziś jedną z najwyższych w historii wszystkich turniejów! Rozwścieczony Mobutu przekazał zawodnikom przed ostatnim meczem z Brazylią (jeszcze aktualni mistrzowie świata!), że jeśli przegrają więcej niż 0-3 nie mają po co pokazywać się w kraju. Oni z kolei z jednej strony bali się, że nie zobaczą swych rodzin, ale z drugiej domagali się swoich pieniędzy. Dlatego sytuacja przy stanie 2-0 dla Brazylii i pamiętne zachowanie Ilungi Mwepu przy rzucie wolnym Rivelino było swego rodzaju protestem i aktem rozpaczy przeciwko niesprawiedliwości.


 

Piłkarz pytany po latach  o całą tę sytuację powiedział, że gdyby wiedział, że tak sytuacja się potoczy, że nie zobaczy swych pieniędzy to z pewnością wolałby zająć się rolnictwem, niż grą w piłkę. Co ciekawe, Mwepu nieco szczęśliwe mógł zagrać z Brazylią, ponieważ w poprzednim meczu kopnął sędziego Omara Delgado z Kolumbii, jednak ten (być może oszołomiony) czerwoną kartkę omyłkowo pokazał Mulambie Ndaye.

Ilunga Mwepu dziś, pom wielu latach niewiele się zmieniłZair na mistrzostwach świata 1974

Zwykle w każdym wpisie daję dwa filmiki, ale tym razem nie mogłem się powstrzymać. Szukając informacji na temat całej tej historii natknąłem się na to:



 

Wszystko byoby ok., gdyby nie pytanie, że o ile jesteśmy w stanie zrozumieć tłumaczenia Zairczyka z 1974 roku – bez różnicy co przyjmiemy – czy wariant z niezrozumieniem reguł piłki nożnej czy też wariant "finansowo-polityczny” to jednak Gustave Bahoken żyje w nieco innych czasach. Przeciwko czemu protestował? A może trzeba mu przypisać podobną interpretację, która 36 lat temu była podawana, że w Afryce panuje przepis, mówiący o tym, że jeśli przez 3 sekundy rzut wolny nie zostanie wykonany gracze drużyny przeciwnej mogą przejąć piłkę.

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

piątek, 14 stycznia 2011

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

ciąg dalszy z poprzedniego wpisu - - - - - - - - - - - - -

 

Eric Gantona - The God of Manchester. Bóg  i władca

Tak jak Gullit i Valderrama mieli swoje charakterystyczne fryzury, Baresi (Franco) i Platini nosili zwykle koszulkę wyciągniętą ze spodenek, a Gordillo miał opuszczone getry - tak znakiem rozpoznawczym Cantony stał się postawiony kołnierzyk. Przypisywano różne intencje takiego za- chowania. Złośliwi wskazywali rzekomy kontrakt, który marsylczyk miał podpisać z producentem odzieży, a warunkiem miał być właśnie postawiony kołnierzyk. Inni mówili, że kapitan Manchesteru chce ukryć tatuaż na szyi. Innych, zupełnie fantastycznych teorii nie będziemy już przytaczać. A sam Cantona tłumaczył to prozaicznie. Któregoś razu podczas meczu było po prostu zimno. Postawienie kołnierzyka było więc czynnością jak najzupełniej racjonalną. Ponieważ potyczka zakończyła się wygraną Cantona uczynił z tego zachowania rytuał i takim już go zapamiętamy.

 

Poza sławetnym incydentem ze stycznia 1995, kiedy to pokazał się jako piłkarz o najlepszej technice uderzeń kung-fu, po którym to został zdyskwalifikowany i nie grał przez wiele miesięcy w tym roku to śmiało można powiedzieć, że pozostały okres w tym klubie usiany jest wielkimi meczami i sukcesami Cantony. A ten pierwszy, 1993, podsumowany trzecim miejscem napastnika Diabłów w Europie w tradycyjnej ankiecie France Football (za Roberto Baggio i Dennisem Bergkampem), był choćby z tego powodu wyjątkowy. Tym bardziej, że tytuł, o którym wcześniej wspomniałem, rodził się w bólach i ManUnited wcale do chwili przyjścia Francuza na Old Trafford w lidze nie brylował.

Eric Canton - kick kung-fu, Crystal Palaca 1995, Kopnięcie kibica, dyskwalifikacja, skandal, chory psychicznie

A incydenty? Były, i to niemało. Przez całą karierę przystojnego napastnika zebrało się ich mnóstwo. Cantona zawsze miał odwagę i fantazję. Po kopnięciu 25 stycznia Matthew Simmonsa, kibica Crystal Palace zwołal konferencję prasową i po oświadczeniu: „Kiedy mewy śledzą łajbę, to tylko dlatego, że wiedzą, że do morza będą wrzucane sardynki” po prostu opuścił zdumionych dziennikarzy. Innymi słowy – prowokator powinien zdawać sobie sprawę z tego, co się może wydarzyć, jeśli będzie prowokował Cantonę. Skończyło się dyskwalifikacją i symboliczną grzywną. Cantona wrócił. Nadal przysparzał sukcesów klubowi, a ostatni sezon 1996/97 był o tyle istotny, że coraz większą rolę w zespole odgrywali młodzi zawodnicy, jak David Beckham, Paul Scholes, Nicky Butt czy Garry Neville. O Giggsie, który był wcześniej (ale ciągle miał ledwie ponad 20 lat) nie wspominając. Cantona był dla żółtodziobów mentorem i autorytetem. W dużym stopniu dzięki jego pomocy płynnie wchodzili świat wielkiej piłki.

Eric Cantona i David Beckham - gwiazdy Manchester United połowa lat 90Cantona był wielkim piłkarzem, ale i niepokornym człowiekiem. U początku swej kariery został wezwany przed oblicze komisji dyscyplinarnej za rzucenie piłką w arbitra w jednym z meczów ligowych. Panowie naradzili się i zasłużenie ukarali zawodnika miesięczną dyskwalifikacją. Na co ten określił ich idiotami! Nie mieli wyjścia – podwyższyli karę zawieszenia do trzech miesięcy. Być może z powodu krnąbrności Ericowi uciekło jeszcze więcej sukcesów i zaszczytów. Pamiętajmy, że z kilkoma selekcjonerami Francji Cantona był mocno skonfliktowany, nieustannie podważał kompetencje A to Henri’ego Michela, a to Gerrarda Houlliera. Trójkolorowi za kadencji tego drugiego nie zdołali zakwalifikować się na Mundial w 1994 roku po pamiętnej przegranej w końcówce z Bułgarią. Dwa lata później kolejna impreza – EURO 1996 (w Anglii!) wypadły Cantonie z powodu wcześniejszej dyskwalifikacji. Aime Jacquet odmładzał zespół, a ten z Zidanem, Djorkaeffem, Lizarazu i Thuramem radził sobie coraz lepiej, więc szkoleniowiec nie palił się do powołania kontrowersyjnego piłkarza. Karierę reprezentacyjną napastnik Manchesteru zakończył więc na skromnych (jak na ten format piłkarza) 45 występach i 20 bramkach. No i nigdy nie zagrał na mistrzostwach świata!

Eric Cantona - aktor, malarz, artysta ... znowu wyjątkowy ...2009

I pomyśleć, że ten którego chód jest zawsze prosty i sprężysty, jak u żołnierza. Ten, którego kołnierz wyzywająco postawiony w bezczelnym geście buntu i indywidualizmu. Ten, który jak na uboczu kolos, zawsze zaangażowany tylko w wyjątkowe, niezwykłe projekty, jednak zawsze jakoś niezależny od wszystkich, ponad resztą postaci. I właśnie ten piłkarz zaczynał swą poważną karierę w niewielkim mieście, Auxerre. Gdzie pod okiem wspaniałego trenera-instytucji Guy Roux i kończącego karierę Andrzeja Szarmacha on ją właśnie otwierał. Ten duet, Szarmach – Cantona zdążył nastraszyć francuskich golkiperów tamtej doby. W sezonie 1983/84 (Szarmach miał 34 lata, a Cantona ledwie 18!) zdążyli razem zagrać kilka spotkań. Jednak później Cantona musiał odsłużyć wojsko, nasz świetny napastnik był już u schyłku kariery i wkrótce odzedł do EA Guingamp.

Dziś Cantona nadal szokuje. Ciągle zaskakuje swoimi niebanalnymi wypowiedziami, a czasem projektami. Od kilku już lat występuje jako aktor filmowy – m in „Elizabeth” z Cate Blanchett, a także „Szukając Erica”, w którym grał główną rolę. Gra także w teatrze. Bierze udział także w reklamach, min Nike i Renault. W młodości próbował malować, a od wielu lat kolekcjonuje obrazy. Ostatnio zaszokował Francję, poniewż wezwał rodaków do wycofania swych oszczędności z banków jako swego rodzaju wotum nieufności dla tych instytucji.

Na pytanie: - Kto był najlepszym francuskim piłkarzem w historii, Platini? Zdziwiony odpowiedział: - Nie, skądże… ja. Zapytany z kolei o najlepszy moment w życiu powiedział: - Miałem dużo fajnych chwil w życiu, ale wybieram kopniaka dla chuligana z 1995 roku... Cały Cantona …

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

czwartek, 13 stycznia 2011

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

Klika dni temu uznałem, że napiszę właśnie o Cantonie. Nie wiem czemu. W czasach kariery nie był moim jakoś wyjątkowo ulubionym piłkarzem (wszystkich piłkarzy bardzo lubię, ale to co innego). Nie był też Manchester najbardziej ukochanym klubem, bo tym jest Górnik. A resztę lubię na równi. Nie kibicowałem też reprezentacji Francji najmocniej, bo „Kogutów” upodobał sobie mója tata. A jak miałoby to sens, gdyby pod jednym, nie za obszernym na dodatek, dachem było dwóch kibiców o takich samych poglądach? No nie wchodziło to w grę. Ale jedno jest pewne. Szanowałem Erica Cantonę, podziwiałem go za grę, za jego bezkompromisowość, niepowtarzalność, a także za ...wygląd. No, jest przystojny przecież, nie zaprzeczycie? Tworząc tę notkę boję się, że nie uda mi się jej tak napisać, jak każdy wyznawca by to zrobił, że zabraknie mi polotu i lekkości. Rzecz bowiem nie jest w ilości dostępnego materiału, tego bowiem w epoce „ctrl+c, ctrl+v…” jest milion razy za dużo w stosunku do potrzeb. Problem w tym, aby napisać tyle,  ile jest potrzebne i żeby choć jeden czytelnik (szczególnie młody) powiedział: „wow, nie wiedziałem! … E-ric … Can-to-na … wow!”

Eric Cantona - Francja, pierwsze lata kariery

Kto wie jak potoczyłyby się losy Cantony, gdyby jesienią 1991 roku dogadał się z Trevorem Francisem, menedżerem Sheffield Wednesday, który chciał Francuza w szeregach Sów. Zresztą niesforny pilkarz był niesamowitym obieżyświatem w tamtym okresie - zaliczał m in Montpellier, Nimes, Martigues i Bordeaux ...

Kto wie, czy Leeds wygrałoby swój pierwszy tytuł mistrza Anglii od 1974 roku (i jedyny od tego sezonu do dziś!). Czy wówczas doszłoby do jego transferu do Manchesteru? Wersje równoległej historii oczywiście sa pozbawione większego sensu, z oczywistych względów. Chciałbym jednak Wam uzmysłowić jak niewiele dzieliło nas 19 lat temu, od tego, by wszystko potoczyło się inaczej. Ale Francis „chciał”, a menedżer Leeds, Howard Wilkinson – chciał. Ta subtelna różnica spowodowała, że za nieduże (przyznacie 900 tys funtów to niewiele na gwiazdę) pieniądze Eric 6 lutego 1992 roku stał się zawodnikiem Pawii. A jego kolegami w ten sposób stali się Rod Wallace, David Batty, Rod Wallace, Lee Chapman i przede wszystkim Gordon Strachan

 

 

Wtedy jeszcze w tabeli prowadził Manchester United, ale lepszym finiszem popisał się nowy klub Cantony  i to Strachan, Dorigo i spółka siegnęli wówczas dość niespodziewanie po mistrzostwo! Trzy gole Francuza nie były może jakimś wyjątkowym wkładem w triumf, ale jego asysty znacznie ułatwiały strzelanie bramek Chapmanowi i Wallace’owi. A nade wszystko Eric przyczynił się do tego sukcesu stwarzając świetną atmosferę w szatni nowego klubu. Jego charyzma i talent były inspiracją dla kolegów, a fakt, że Francuz zdobył drugi tytuł z rzędu (w poprzednim sezonie reprezentował Milionerów z Marsylii) mógł stwarzać pozory, że jest jakimś talizmanem dla swych zespołów. A słynne zdanie „I love you, I don't know why, but I love you” (Nie wiem dlaczego, ale Was kocham) wypowiedziane przez Cantonę ze słabo skrywanym francuskim akcentem rozpoczęło prawdziwą erę Cantomanii na Wyspach.

Eric Cantona - Francja, pierwsze lata kariery, fuck you

Wydawało się, że reprezentacja Francji odegra znaczącą rolę w mistrzostwach Europy, które gościła w 1992 roku Szwecja, ale nie dość, że nie zdobyła medalu to nawet nie udało się jej wyjść z grupy. Skorzystała z tego Dania, a co było dalej – pamiętamy. Duński dynamit zadziwił wszystkich wygrywając niespodziewanie cały turniej. Nowy sezon klubowy Leeds rozpoczęło bardzo udanie pokonując w tradycyjnym meczu o Tarczę Dobroczynności (Superpuchar) na starym Wembley Liverpool 4-3. Pierwsze skrzypce w tym koncercie zagrał Cantona strzelając aż trzy gole! Jesienią „Stojący Kołnierzyk” zapisał się zresztą jeszcze jednym hat-trickiem, który zostanie na zawsze w annałach. Otóż trzy gole wbite Tottenhamowi były pierwszym w historii nowej Premier League, która nastała właśnie od tego sezonu, jako organizacja zrzeszająca wszystkie ligi zawodowe w Anglii. Jednak  pomiędzy trenerem Wilkinsonem a Cantoną narastało napięcie i nieufność. Wilkinson rzekomo nie chciał dopuścić do nadmiernego zwiększenia roli charyzmatycznego zawodnika w szatni, kosztem swej własnej osoby. Francuz, jednak pytany o szczegóły powtarzał, że nie sądzi, by to był prawdziwy powód pozbycia się go przez menedżera.

Eric Cantona - Francja, Manchester United, karykatura

A wszystkiemu towarzyszyło rozczarowanie faktem, że Leeds po wielu latach przerwy gry w Pucharze Mistrzów (wtedy już Lidze)  nie dostało się nawet do fazy grupowej. Wprawdzie po kuriozalnym „trójmeczu” z VfB Stuttgart awansowało do drugiej rundy, ale tam nie dało rady w "Battle of Britain" Glasgow Rangers, choć sam Cantona jednego gola strzelił. Ze Stuttgartem zresztą też. Mecze z Niemcami o tyle były wyjątkowe, że rewanż, w wyniku błędu złamania regulaminu przez Stuttgart (czwarty obcokrajowiec na boisku – wtedy był limit trzech) zweryfikowano na korzyść Anglików jako walkower 3-0. A że w pierwszym meczu wynik był dokładnie odwrotny to zarządzono trzeci mecz w Barcelonie - rozstrzygnięty przez Wyspiarzy na swoją korzść 2-1. No, ale impetu starczyło Pawiom na jedną rundę. W efekcie rozczarowania i postępującego konfliktu Eric Cantona pod koniec listopada 1992 zmuszony przenosi się za marne 1,2 mln funtów do Manchesteru – stawki na Wyspach znacznie różniły się zawsze od tych francuskich, ponadto Cantona miał za sobą bardzo udany rok w Leeds. Ferguson rzekomo chciał kupic innego gracza „The Peacock’s” – Lee Chapmana. Ale usłyszał od Wilkinsona, że ten nie jest na sprzedaż... Ale jakby co – to może sobie wziąć właśnie Cantonę.

 


I to był strzał w dziesiątkę! Już pierwszy sezon zakończył się pierwszym od 26 lat tytułem dla Czerwonych Diabłów, a Cantona zdobył trzeci z rzędu tytuł z trzecim klubem! Jego 4,5 roku spędzone w Manchesterze to pasmo sukcesów klubu (4 tytuły mistrze Premiership, 2 Puchary Anglii i 3 Tarcze Dobroczynności), uwielbienie ze strony kibiców, wiele świetnych (razem 144 w lidze) meczów, wreszcie genialnych często bramek (łącznie w lidze 64). Wszystko niemalże zostało opisane i cała jego niebanalna rola w Manchesterze jest łatwo dostępna w sieci. Tak więc tutaj ograniczymy się do odnotowania kilku ciekawszych wątków.

Eric Cantona - Francja, Leeds United

* * * * * * * * * * * * *

Znów, niestety, podobnie jak w odcinku o Pele, nie udało mi się zmieścić w jednym odcinku. Kogo zainteresowała część pierwsza - zapraszam na jutro - dokończymy opowieść o Ericu Cantonie. Dowiemy się w niej jak toczyły się sprawy w Manchesterze. A także o tym, skąd w życiu francuskiego piłkarza wziął się Andrzej Szarmach ...

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

poniedziałek, 10 stycznia 2011

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

Pickles -  pies  bohater z 1966 mistrzostwa swiata

Na Anglię padł popłoch! Na 4 miesiące przed mistrzostwami świata w 1966 Puchar Rimeta został skradziony. Złodziej ukradł trofeum z wystawy znaczków pocztowych, na której było prezentowane. Co ciekawe – przestępca nie ruszył znaczków wartych kilka milionów funtów!  Najwięcej zimnej krwi zachował biało-czarny kundel o wdzięcznym imieniu „Pickles” (Urwis), który podczas codziennego spaceru w ogrodzie miejskim odnalazł Puchar zakopany w ziemi.

 

* * * * * * * * * * * * * * *

Jakiś czas temu poznaliśmy historię Arkadiusza Onyszki związaną z jego ciężką chorobą nerek. Ku nadziei bramkarzowi Polonii Warszawa można wskazać, że na podobną przypadłość cierpiał Ivan Klasnić. Mimo nieudanego pierwszego przeszczepu drugi się powiódł i chorwacki napastnik mógl wrócić do gry, zarówno w klubie, jak i reprezentacji. Polski kibic zapamiętał go zresztą dobrze, bo już po operacjach wystąpił w Euro 2008 i nawet strzelił nam gola.

 

 

Z piłką niestety wiążą się historie także kryminalne. Pod koniec 2009 roku media doniosły, że były piłkarz Odry Wodzisław, Janusz Kosubek (grał z nią w latach 80. w II lidze), później też trener zespołu lokalnej ligi Gosław Jegłownik zamordował swą żonę nożem kuchennym. Ten były piłkarz amatorskich klubów w Niemczech, m in HSV Hamm, US Sundern, SV Menden, Bockum Hovez w ostatnim czasie przed tą morderstwem leczył się psychiatrycznie, jednak mimo leczenia nie udało się uniknąć tragedii.

* * * * * * * * * * * * * * *

Colo-Colo najlepszy  klub Chile Copa Libertadores 1991

 

Jedyny w historii klub chilijski, który zdobył Copa Libertadores (odpowiednik europejskiej Ligi Mistrzów) Colo-Colo Santiago ma swym herbie wizerunek wodza indiańskiego Mapuche. Ma to symbolizować odwagę, dzielność i mądrość. Z kolei biało-czarne barwy zespołu uzewnętrzniają filozofię założycieli klubu: biała koszulka jest symbolem prostoty reguł i czystości intencji, a czarne spodenki symbolem zdeterminowanej walki o zwycięstwo.


* * * * * * * * * * * * * * *

Krzysztof Gajtkowski - 5 goli w jednym meczu w lidze Lech-Pogon 2003

 

Ostatnim zawodnikiem w polskiej lidze, który strzelił w jednym meczu 5 goli był Krzysztof Gajtkowski. Działo się to w meczu Lech Poznań – Pogoń Szczecin 6-0 rozegranego przy ul Bułgarskiej 24 maja 2003 roku. Pierwsze trzy gole „Kuszy”, który dziś gra dla kieleckiej Korony (15, 19, 28) złożyły się na klasyczny hat-trick. Niedługo minie 8 lat od tego wydarzenia... Kto teraz, panowie?

* * * * * * * * * * * * * * *

George Cohen - mistrzostwa świata 1996 - Anglia, Hurst, Ramsey, Ball, Peters, Chivers, Hunt, Pickles

 

 

George Cohen, który był podstawowym zawodnikiem zespołu mistrzów świata z 1966 roku musiał w 1998 roku sprzedać swój złoty medal. Anglik został do tego zmuszony przez choroby i kłopoty finansowe.  Trofeum udało mu się spieniężyć za 80 tys funtów, a nabywcą okazał się jego były klub – Fulham.

 

* * * * * * * * * * * * * * *

 

Erik Nilsson mistrzostwa swiata 1938, 1950, Szwecja, jeden z deoch grał przed i po II wojnie

 

Zaledwie dwóch piłkarzy może poszczycić się faktem gry w finałach mistrzostw świata zarówno przed i po II wojnie światowej. Alfred Bickel ze Szwajcarii, jako 20 latek, rozegrał 3 mecze (strzelił 1 gola) podczas turnieju w 1938 roku we Francji, z kolei w Brazylii, 12 lat później będąc kapitanem drużyny zagrał 2 razy. Drugim zawodnikiem był Erik Nilsson. Ten szwedzki obrońca przed wojną zagrał raz. Natomiast w turnieju za oceanem, w 1950 roku rozegrał wszystkie mecze „żółto-niebieskich” będąc nawet kapitanem.

 

* * * * * * * * * * * * * * *

 

Pierwszego mistrza Europy wyłoniono w 1960 roku. W paryskim finale rozegranym 10 czerwca na Parc des Princes ZSRR pokonał po dogrywce Jugosławię 2-1 (gole Metreweli i Poniedielnik oraz Galić). Trzecia była Czechosłowacja… Jak widać medale nie okazały się dobrą wróżbą dla tych krajów w przyszłości. Gwoli ścisłości należy dodać, że turniej inauguracyjny (jak również kolejny, 4 lata później) rozgrywany był pod nazwą Puchar Narodów.

Świetny dziś trener (w przeszłości także bardzo dobry zawodnik) Josep Guardiola miał epizod związany z dopingiem. Podczas gry Guardioli we włoskiej Brescii w 2001 badania wykazały w jego organizmie pozytywny wynik nandrolonu - co wiązało się z 4-miesięcznym zawieszeniem, niewielką grzywną i siedmioma miesiącami więzienia. Sprawa zakończyła się dopiero w 2007 roku uniewinnieniem szkoleniowca Barcelony, z uwagi na naturalnie podwyższony poziom tej substancji w ciele hiszpańskiego piłkarza.

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

piątek, 07 stycznia 2011

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

Dziś notka o nieco innym charakterze. Choć myślę, że jak najbardziej mieszcząca się w konwencji serwisu. Od dawna się do tego szykowałem, ale uwierzcie – napisanie takiej notki jest wyjątkowo trudne. Przy czym mam na myśli robotę, którą wykonuję. Nie interesuje mnie pisanie na zasadzie „kopiuj-wklej” – a w taki sposób sporo osób działa. Ale jak się wgłębić w temat – okazuje się, że jest mnóstwo sprzeczności w różnych miejscach. Nawet na stronie FIFA są błędne informacje, więc o czym tu mówić? W każdym razie otwarty jestem na uwagi i komentarze. Jeśli popełniłem błędy – proszę o korekty.

Poniżej przedstawiam Wam zmiany w przepisach gry w piłkę nożną na przestrzeni dziejów.

 

Najważniejsze daty z przepisów gry w piłkę nozną od 1863 roku

Najważniejsze daty z przepisów gry w piłkę nozną od 1863 roku

Najważniejsze daty z przepisów gry w piłkę nozną od 1863 roku

Nie wszystko na pewno jest ujęte – ale też nie chciałem, żeby wpis był zbyt długi. Jeśli ktoś będzie wnikliwie czytał to (mam nadzieję) wypatrzy jedną rzecz  - a właściwie jej brak. Otóż

nie ma w powyższym spisie informacji od kiedy wprowadzono przepis o tym,  że mecz trwa 90 minut.

Dlaczego? Najzwyczajnie nie udało mi się nigdzie znaleźć informacji kiedy to ustalono. A na 99,9% nie wprowadzono tego w 1863 roku, przy uchwalaniu pierwszych przepisów. Natrafiłem tylko na informacje, że mecze toczyły się w czasie uzgodnionym przez obie drużyny. Czyli mogły trwać 50, ale też 200 minut. Tak to rozumiem. Choć w meczu (nieoficjalnym) Anglia – Szkocja (1870) gola dla Anglii zdobył AJ Baker w 89 minucie. To by mogło sugerować, że mecz mógl trwać 90 minut… Jednak nawet jeśli tyle trwał - nie znaczy to, że był taki obowiązek. No i to za mało, żeby być tego pewnym, że w ogóle te 90 minut trwał.

Zresztą pierwszy gol zdobyty na ziemiach polskich w 1894 roku padł bodajże w 6 minucie, po czym zakończono mecz… Trochę szybko, jak na mój gust, tam były niby powody, ale tak czy inaczej – chcę powiedzieć przez to, że było to w tamtych czasach możliwe. Będę jeszcze kopał. Mniej w necie – bardziej w swoich archiwach, może coś znajdę, a może ktoś mi pomoże?

www.rabonas.pl - football trolls - figurki piłkarskich gwiazd

czwartek, 06 stycznia 2011

POL-HOL 4-1, 12 09 1975 , Chorzów, el ME

Polska-Holandia  10.09.1975-tak widział to karykaturzysta PN

Na ten mecz chciało przyjść …680 tysięcy ludzi! Tyle było zgłoszeń na bilety.  Prasa także podbijała bębenek. Tygodnik "Piłka Nożna" prawie cały numer przeznaczył na zapowiedź spotkania III drużyny świata, jaką była Polska i Holandii - wicemistrzów świata. Ostatecznie mecz Polska – Holandia rozgrywany 10 września 1975 roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie obejrzało według różnych źródeł między 80 a 85 tysięcy kibiców. Ci, którym nie udało się zobaczyć starcia gigantów na żywo rozgrywanego w ramach V grupy eliminacyjnej V mistrzostw Europy mieli naprawdę czego żałować. Podopieczni Kazimierza Górskiego rozegrali jeden z najlepszych meczów w historii reprezentacji Polski, w którym pokonali wicemistrzów świata z poprzedniego roku, Holandię aż 4-1! Prowadząc zresztą do 80. minuty 4-0.

Strona tytułowa tygodnika Piłka Nożna przed meczem Polska - Holandia 10.09.1975Przed meczem „Piłka nożna” pisała:

„W okresie wcale nie najlepszym dla polskiego piłkarstwa przyszło nam grać z Holandią. Najpierw bowiem odeszli Gmoch i Strejlau, (współpracownicy trenera Górskiego – przyp autor) potem były „środy i niedziele cudów” wreszcie kilka dyskwalifikacji, w wyniku czego – jak by na to nie spojrzeć – nasza reprezentacja jest o jakiś tam procent słabsza niż w czerwcu i lipcu 1974”.

Fakt, skład reprezentacji był dość stabilny, ale absencja zdyskwalifikowanego Gorgonia i Musiała osłabiały jednak defensywę biało-czerwonych. O Włodzimierzu Lubańskim w tym czasie raczej mało kto wspominał. Choć to wielka strata - to świetny napastnik Górnika już od ponad dwóch lat nie grał w kadrze po przeklętej kontuzji odniesionej w meczu z Anglią, nota bene także na Śląskim. Do tego kapitan zespołu, Kazimierz Deyna miał nie najlepszą jesień ’75 (był po kontuzji – do momentu meczu z Pomarańczowymi nie strzelił w lidze gola). Gra kontrolna z Hannoverem 96 na tydzień przed chorzowską victorią również nie napawała optymizmem. Według relacji Mieczysława Szymkowiaka „nasi kadrowicze zaprezentowali się delikatnie mówiąc, co najmniej nieprzekonywająco”, a później dodaje: „Forsowano przeważnie atak pozycyjny. Wykonawstwo budziło wiele zastrzeżeń. Panował szablon i stereotyp. Zamiary naszych piłkarzy były łatwe do odgadnięcia. Akcje rozgrywano zbyt wolno…” No ładnie…  Na domiar złego Holandia łatwo wygrała kilka dni wcześniej z najsłabszą w naszej grupie Finlandią aż 4-1, mimo absencji Johanów - Cruijffa i Neeskensa. W rozpracowywaniu wicemistrzów świata naszemu sztabowi wydatnie pomagali nasi „Holendrzy” – Antoni Brzeżańczyk (trener Feyenoordu) i Janusz Kowalik (były zawodnik …Sparty Rotterdam, wtedy NEC Nijmegen).

Johan Cruijff i Kazimierz Deyna-kapitanowie Holandii i Polski, 1975Angielski arbiter Pat Partridge (3 lata później będzie nam sędziował mecz z Peru podczas Mundialu '78) wyprowadził zespoły z tunelu, a Jan Ciszewski zaczął swój komentarz od informacji, że goście wystąpią w białych spodenkach (wyszli na boisko w czarnych), a w trakcie meczu wymiennie stosował wersje Krojf, Krajf i Krujf… Na dodatek w składzie był także Neszkens… Mecz rozgrywany w dniu piłkarza (ustanowiono go kilka lat wcześniej na pamiątkę olimpijskiego triumfu piłkarzy w 1972 roku-data pamiętnego finału z Węgrami) rozpoczął się od wielkiej wpadki wizerunkowej. Otóż firma Adidas, która przygotowywała stroje dla reprezentacji wykonała je z czarnym orzełkiem! To jedyny znany przypadek w niemal 90-letniej historii reprezentacji, by drużyna narodowa grała z takim symbolem na piersiach. Choć inne wpadki z ubiorami też domagają się odrębnej notki na blogu.

Ustawienie taktyczne - Polska - Holandia, 10.09.1975, el ME

Z ciekawostek statystycznych wa- rto jeszcze podkreś- lić, że Kazimierz Deyna miał się stać samodzielnym lide- rem w liczbie rozegranych spot- kań w reprezentacji. Dotychczasowy he- gemon, Lubański rozegrał 67 meczów. To nic, że później wszelkie wyliczenia diabli wzięli, bo wiele niesolidności i niekonsekwencji w historii reprezentacji znalazł dzięki swej benedyktyńskiej pracy i niesamowitej wprost walce o zasady i jednolite kryteria Andrzej Gowarzewski, wydawca i dziennikarz, autor wielu wspaniałych książek o futbolu (wydawnictwo GiA, cykl Encyklopedia FUJI, Kolekcja Klubów, Encyklopedia Piłkarskich Mistrzostw Świata …).

Andrzej Szarmach w meczu Polska - Holandia 4-1 na Stadionie Śląskim strzelił dwa gole

Przejdźmy jednak do opisu samego widowiska . Polacy od samego początku natarli na rywala. W efekcie już w 14 minucie król strzelców mundialu ’74, Grzegorz Lato po podaniu od obrońcy …gości głową strzelił do pustej bramki, w której nie było już Jana van Beverena. Po zdobyciu bramki nasi wcale się nie cofnęli, choć Cruijff (grający w Chorzowie z nr 9) i spółka nie byli nam dłużni. Po jednym ze strzałów Jan Tomaszewski musiał wykazać się nadzwyczajnym kunsztem i obronił trudny strzał nogami. W wyniku czego zresztą doznał pęknięcia kości śródstopia i naderwania ścięgien w stawie skokowym. W trakcie gry był tak skoncentrowany na walce, że niewiele czuł. Ale po meczu musiał zapakować nogę w gips. Nasi mieli więcej dobrych sytuacji, ale dopiero w 44 minucie Robert Gadocha znalazł sposób na obronę gości i po sprytnym wykonaniu rzutu wolnego przez Mirosława Bulzackiego objechał van Beverena i strzelił, podobnie jak wcześniej „Bolek”, do pustej świątyni gości.

Wielki Cruijff na kolanach - przygląda się ven der Kerkhof (POL-HOL, 10.09.1975)Po przerwie koncert naszych piłkarzy nie ustawał, mimo, że trener George Knobel w miejsce van Hanegema wpuścił na boisko strzelca wyborowego, Geelsa. Po godzinie gry (dokładnie w 63 minucie) było już 3-0 po golu Andrzeja Szarmacha, który wepchnął piłkę z kilku metrów po rozegraniu rogu i dośrodkowaniu do Roberta Gadochy. Napastnik Nantes jednak nie sięgnął piłki i „Diabeł” zrobił co do niego należało. Zresztą to właśnie napastnik zabrskiego Górnika sprawił kwadrans później, że Holandia została znokautowana! Po doskonałym podaniu Kasperczaka pięknie przyjął piłkę na piersi, wpadł w pole karne i huknął z 11 metrów między nogami golkipera Oranje. Stoperzy usiłowali założyć pułapkę ofsajdową, ale zrobili to na tyle nieudolnie, że nie było żadnych wątpliwości – Holandia na kolanach! 4-0 dla Polski w 77 minucie! Wprawdzie gościom udało si,ę po kilku minutach obniżyć wynik i po golu Rene van der Kerkhofa ustalić wynik na 4-1 (asysta Cruijff).  Nie zmieniło to jednak wymowy meczu. A trzeba dodać, że Polacy mogli wygrać znacznie wyżej – w niewykorzystanych sytuacjach przebijali rywali w stosunku podobnym do wykorzystanych. Jan Ciszewski, legendarny komentator TVP był wniebowzięty!

 

Prasa była zgodna. Atak w składzie Lato – Szarmach – Gadocha jest wizytówką naszej drużyny. Pewny Tomaszewski w bramce i na prawej obronie Szymanowski stanowią o wartości zespołu. To w personaliach, a w grze podkreślano szybkość rozgrywania akcji oraz wzorową asekurację. Wszyscy też byli pod wrażeniem  śląskiego kotła, który zgotowali kibice dzięki wspaniałemu dopingowi. Na Holendrach nikt specjalnie się nie skupiał, choć powtarzał się argument o beznadziejnej grze stoperów  van Kraaya i Overwega. A także wytrąceniu z rytmu, zmuszeniu ich do zmiany taktyki z powodu szybko straconej bramki.

Piłka nożna po meczu Polska - Holnadia 4-1, 10.09.1975, el MEPo meczu tabela wyglądała już znacznie przyjaźniej niż przed nim - nasi przeskoczyli Cruijffa ze spółką i zostali liderem, bo  po 4 meczach mieli 7 punktów (pamiętamy, wówczas był system 2-1-0). Holandia była druga z 6 oczkami (też 4 gry). Trzecie miejsce okupowali Włosi (3 pkt w 3 grach). Zaś na końcu nie licząca się Finlandia (0 pkt w 5 grach). Wydawało się, że po takim  sukcesie do Amsterdamu za 5 tygodni podopieczni Górskiego pojadą co najmniej po remis. Co przed ostatnim meczem (u siebie) z Włochami postawiłoby nas w dość korzystnej sytuacji – do ćwierćfinałów ME awansował tylko zwycięzca grupy. Tym bardziej, że w specjalnym wywiadzie dla „PN” przed meczem „Boski Johann” zapowiedział, że zwycięzca grupy V narodzi się w Chorzowie, gdyż jego zdaniem Włosi są pozbawieni jakichkolwiek szans. No cóż. W stolicy Holandii to gospodarze zagrali koncertowo i wypunktowali Polaków 3-0. No, ale akurat o tym meczu jakoś nie mam specjalnie ochoty pisać.

środa, 05 stycznia 2011

Osvaldo Ardiles-najbardziej znany gracz z nr 1

O ile w rozgrywkach mniejszej rangi (choć dziś już chyba wcale) zdarza się, że piłkarz na plecach nie ma swego nazwiska to nie może być on pozbawiony numeru. A przez całe pół wieku od pierwszych meczów na Wyspach tak właśnie było. Jedynie bramkarze, aby odróżnić się od reszty uczestników, zakładali czapeczki – był to już czas, kiedy mogli łapać piłkę w ręce, choć grali w koszulkach o takim  samym kolorze jak reszta członków zespołu. Dopiero pod datą 25 sierpnia 1928r zarejestrowano, że w meczach Football League pomiędzy Arsenalem Londyn a Sheffield Wednesday oraz Chelsea Londyn i Swansea Town piłkarze po raz pierwszy mieli na plecach numery. Z tym, że w tych meczach, jak i przez następne 10 lat obowiązywała numeracja: jeden zespół 1-11, przeciwnicy: 12-22.

Pedro Araya -  pierwszy na mistrzostwach świata z nr 1!

Wprawdzie organizacja statystyków i historyków IFFHS twierdzi, że dokopano się do informacji jakoby w Australii pierwszy mecz, w którym zawodnicy mieli numery, odbył się już w roku 1911 w meczu rozegranym w Sydney pomiędzy zespołami Leichhardt i HMS. Ale cóż… Gdyby Australijczycy byli w stosunku do Anglików tak dobrze rozwinięci to zapewne ich debiut w finałach mistrzostw świata nie nastąpiłby ćwierć wieku po piłkarzach z ojczyzny futbolu. A wiadomo powszechnie, że i Anglikom na mistrzostwa nie spieszyłi się jakoś mocno (słynna „Splendid Isolation”).  Zostawmy więc Antypody w spokoju, choć jak w dalszej części tekstu się okaże – nie tak zupełnie.

W mistrzostwach świata liczby na plecach piłkarzy, choć nieporadne (widzimy na starych taśmach jak odklejały się zawodnikom) to należy odnotować, że pojawiły się w 1950 roku, na pierwszym powojennym pucharze w Brazylii. Z kolei od następnych mistrzostw cztery lata później w Szwajcarii wprowadzono zasadę, że przed turniejem należy zgłosić 22-osobową kadrę wraz z numerami, w których zawodnicy mieli występować przez cały turniej. Może dla odnotowania podajmy wszystkich piłkarzy, którzy zostali zgłoszeni z numerem 10, najbardziej pożądanym na każdym podwórku, na każdym boisku i stadionie świata: Pinga (BRA), Bobek (YUG), Jonquet (FRA), Balcazar (ESP), Puskas (HUN), Liebrich (GER), Sargun (TUR), Sung Nak-Woon (KOR), Schiaffino (URU), Probst (AUT), Pažický (CZE), Brown (SCO),  Taylor (ENG), Eggimann (SUI) Gino Cappello (ITA),  Anoul (BEL). Wśród tych piłkarzy można wymienić graczy ofensywnych, gwiazdy takie, jak Puskas, Bobek, Probst czy Schiaffino… Ale już taki Eggimann był najprawdziwszym obrońcą.

 

No to jak już jesteśmy na mundialu i doszliśmy do dziwactw najwyższy czas na piłkarzy, którzy zagrali z numerem 1, choć nigdy bramkarzami nie byli. Tu jako klasykę zawsze podaje się pracowitego pomocnika z Argentyny, Osvaldo Ardilesa (pierwsza fotka od góry). Gwiazda Tottenhamu Londyn jest dobrym przykładem złamania żelaznej (coraz mniej, jak się później okaże) reguły, że z jedynką gra golkiper. Na mundialu w 1982 roku, istotnie, wystąpił z najniższym numerem. Tak samo zresztą jak jego rodacy: cztery lata wcześniej – Norberto Alonso i cztery lata później – Sergio Almiron. Choć w przypadku tego ostatniego trudno mówić o grze – na mistrzostwach w 1986 roku w Meksyku nie zagrał ani minuty. To ostatnie przykłady tego typu, ale … zupełnie nie precedensowe.

Otóż mało kto wie, ale pierwszym w historii mistrzostw świata piłkarzem, który wybiegł na murawę z numerem 1 nie będąc bramkarzem był 13. lipca 1966 roku chilijski napastnik Pedro Araya (drugie zdjęcie od góry)!

Ten 24-letni wówczas (razem 50A Chile - 11 goli) zagrał swój pierwszy (z trzech na MS 1966) meczów przeciwko Włochom, który Amerykanie przegrali 0-2.

Jan Tomaszewski w mistrzostwach świata w 1974 zagrał z nr 2

Jest jeszcze jeden przypadek zgłoszenia piłkarza „z pola” z jedynką – to Ruud Geels, reprezentant Holandii z 1974 roku. Ale ten nie zagrał ani minuty w Niemczech. Mamy więc piątkę graczy i jeden wspólny mianownik. Przydzielono im numer 1 tylko z tego powodu, że kryteria w zespołach, które reprezentowali polegały na alfabetycznym posortowaniu nazwisk piłkarzy i wręczeniu im takich numerów, jak wynikało z alfabetu. Poza oczywiście kilkoma wyjątkami. Holandia 1974 – wyjątek zrobiono dla Boskiego Johanna Cruijffa, który, jak wiadomo, ukochał 14. W 1982 roku zamieniono w kadrze Argentyny Diego Maradonę i Patricio Hernandeza, dzięki czemu ten pierwszy mógł otrzymać 10, a drugiemu przypadł „numer kibicowski”, czyli 12. Zaś 4 lata później tych wyjątkó w w kadrze albi-celestes pojawiło się już więcej. Bowiem oprócz Maradony na przywilej wyboru numeru mogli liczyć Daniel Passarella (dostał 6) i Jorge Valdano (otrzymał 11). W pozostałych dwóch przypadkach, czyli Chile 1966 i Argentyna 1978 nie zrobiono ani jednego wyjątku. Ale co ciekawe, mimo tego Mario Kempes, król strzelców imprezy rozgrywanej w Argentynie i tak dostał 10! Choć np. bramkarz Ubaldo Fillol „dziwną” 5, Daniel Bertoni (napastnik) grał z 4, a wspomniany wyżej Passarella (obrońca i kapitan do tego) „tylko” z 19. Zresztą tak jak nasz Włodzimierz Lubański. Co dla mnie jest głęboko niezrozumiałe. W całej tej wyliczance jeszcze jeden może, polski akcent. Otóż w Pucharze Świata 1974 numery w polskiej drużynie przydzielano formacjami. Tak więc golkiperom przypadły w udziale 1-3. Z tego powodu bohater tamtej imprezy, Jan Tomaszewski, dostał nr - który dość słabo, ale jednak widać na skanie powyżej.

Hicham Zerouali - ekscentryczny piłkarz z tragicznym zakończeniem

To jednak sporadyczne przypadki z dawnych lat., zresztą związane z mistrzostwami świata (poza Cruijffem, który też w klubie grał z 14). Od czasu gdy wprowadzono numerację poszczególne liczby były dość ściśle przypisane do roli odgrywanej na boisku. I tak: bramkarz – 1, lewy obrońca – 2, prawy obrońca – 3, lewy pomocnik – 4, środkowy pomocnik – 5, prawy pomocnik – 6, lewoskrzydłowy – 7, lewy – 8, środkowy napastnik – 9, prawy – 10, prawo-skrzydłowy – 11. Później wszystko ewoluowało wraz ze zmianami systemów – WM, brasiliana, catenaccio i inne… O systemach zresztą na pewno też napiszę tekst. Ale wracając do tych ewolucji w dzisiejszych czasach nie ma już niemal żadnych reguł. I jak wspominam lata 20 i więcej wstecz – to odstępstwa są warte odnotowania. Dziś – byłoby dokładnie odwrotnie. Jak oglądam transmisję meczu w TV to patrzę na numerację i jakoś nie zdarza mi się zaobserwować piłkarzy, którzy wychodzą na boisko z numerami na plecach od 1 do 11.

Steve Cronin - bramkarz z numerem 0Ale wśród tych ekstrawagancji znaleźć można jeszcze bardziej ekstrawaganckie. Ano nadal zdarzają się przypadki gry zawodnika z pola z nr 1. Pośród wielu takich można wymienić nazwiska Pantelis Kafes (Grek,  AEK), Adolfo Bautista (Meksykanin, Chiapas) i Stuart Balmer (Szkocja, Charlton). Wspomniany „Bofo” Bautista grając jeszcze w Chivas zakładał numer …100! Ale wyżej wymienieni to wcale nie „rekordziści”. Wyobraźcie sobie, że można zagrać z numerem jeszcze niższym niż 1. To znaczy można mieć na koszulce całe 0. Normalnie zero. Znalazłem trzy takie przypadki – Pierwszy to swego czasu dość głośny w Europie. Niejaki Hicham Zerouali, reprezentant Maroka, podczas gry w szkockim Aberdeen (1999-2002) wykorzystując nieco użytek ze swego nazwiska grał właśnie w koszulce z numerem 0. Zresztą, jako 27-letni człowiek, kilka lat  później zginął w wypadku, mieszkając już w Maroku. Kolejny miglanc to golkiper amerykańskich zespołów Portland Timbers i DC United, Steve Cronin. Trzecim ma zamiar być Jon Kempin. Ten jednak zgłoszony do rozgrywek w Kansas City, także jako bramkarz ligi MLS ma dopiero 17 lat i jeszcze swej szansy nie otrzymał.

Ronaldo z numerem 99Bofo Bautista - numer 100

W drugą stronę przegięli z kolei Luisao – nr 111 (z okazji takich właśnie urodzin klubu Flamengo), Rogerio Ceni – nr 618 (tyle występów uzbierał golkiper canarinhos), Romario – nr 500 (tu chodziło akurat o gole) no i w zeszłym roku młodzian o nazwisku Tommy Oar pozwolił sobie na założenie koszulki z nr 121. Co najciekawsze –odbyło się to w jak najbardziej oficjalnym meczu. W eliminacjach kontynentalnych rozgrywek Australia 3 marca w Brisbane podejmowała Indonezję (1-0), a ten 18-latek grający dziś w holenderskim Utrechcie założył właśnie dość dziwną koszulkę. O numerach w stylu Vitor Baia – 99, Ronaldinho – 80, Szewczenko – 76, Ronaldo – 99, Flamini – 84, czy Bendtner – 52 ledwie wspomnimy tylko. Choć jeszcze może nr 66 Alaina Suttera jest godzien odnotowania. Przyjechawszy bowiem w 1997 roku do USA wybrał ten numer na cześć Drogi-Matki, Route 66, znaczącej w tamtejszej pop-kulturze.

Ivan Zamofrano - 1+8

Tak jak w poprzednich tematach ledwie prześliznąłem się po poruszanych zagadnieniach. Ale i tak mam wrażenie, że zanadto się rozpisuję. Nie wiem jeszcze, na ten moment nie mam wyczucia, czy zaakceptujecie dłuższe notki. Czy też lepiej może streszczać się, a do tematu wrócić później, złożyć nową notkę i nie martwić się o każdy napisany wiersz czy będzie tym, którego czytając wkurzysz się i zamkniesz mojego bloga. Ale skoro Drogi Czytelniku dotarłeś do tego zdania to chyba nie jest ze mną tak źle. Zapraszam do czytania starszych notek-coś tam się powoli gromadzi, a także nowych.

Logo Torino

Niekwestionowanym hegemonem  ligi włoskiej lat 40. był zespół AC Torino. Il Grande Torino, jak później nazwano tę drużynę, swą serię rozpoczęło od sezonu 1941/42, w którym okazało się gorsze tylko od Romy. Ale już rok później święciło triumf w Serie A. Tak samo pewnie byłoby w dwóch kolejnych latach, ale z powodu wojny rozgrywki ligowe nie odbyły się. Później Il Granata deklasowali rywali w sezonach 1945/46, 1946/47 i 1947/48. Na 4 mecze przed zakończeniem rozgrywek w 1949 roku zespół pod wodzą węgierskiego Żyda, Ernesta Erbsteina i angielskiego trenera, Lieslie Lievesley miał aż 4 punkty przewagi (przy systemie 2-1-0) nad Interem Mediolan. I wtedy nadszedł ten feralny dzień, 4 maja 1949 roku…

 

Zespół wracał z okolicznościowego meczu w Lizbonie, rozegranego z tamtejszą Benficą. Kapitan Francisco „Chico” Ferreira planował z końcem sezonu zakończenie kariery i poprosił swego znajomego, wielką gwiazdę włoskiej piłki, Valentino Mazzolę o rozegranie z tej okazji meczu. Po międzylądowaniu w Barcelonie ledwie kilka minut dzieliło załogę i pasażerów trzysilnikowego trzysilnikowy Fiat G212CP od lądowania na starym, turyńskim lotnisku L'aeroporto di Torino-Aeritalia, które dziś jest niemalże nie używane. Według niektórych była 17:03, inni twierdzą, że zegary wskazywały minutę później, gdy samolot uderzył  w tylną ścianę bazyliki położonej na turyńskim wzgórzu Superga. W rejonie portu lotniczego panowały niezwykle trudne warunki pogodowe: widoczność sięgała 1200 m, z podstawą chmur na wysokości 400 m. Piloci pod dowództwem Pierluigi Meroniego zostali zmuszeni zmniejszyć pułap lotu do momentu, w którym widoczność poprawi się. Tymczasem w okolicach wzniesienia Superga (675 m n.p.m.), ta osiągała już jedynie 40 m. Zginęli wszyscy. 31 osób. Na pokładzie było 18 piłkarzy, w tym największa gwiazda włoskiej piłki i jeden z najlepszych piłkarzy ówczesnej Europy, Valentino Mazzola, trenerzy, dziennikarze, załoga … Nie ustalono jednoznacznej przyczyny katastrofy, jednak można przyjąć, że bardzo złe warunki pogodowe oraz błąd pilota złożyły się na tak tragiczne skutki.

Ojciec i syn - MazzolaW pogrzebie, który rozpoczął się wymarszem ze stadionu przy Via Filadelfia, wzięło udział kilkaset tysięcy osób, a drugie tyle zgromadziło się na trasie konduktu. W miejscu katastrofy wmurowano tablicę z nazwiskami ofiar. Obok bazyliki na górze Superga utworzono muzeum pamięci „Il Grande Torino”. Już w dwa dni po katastrofie włoska federacja przyznała tytuł mistrza ligi turyńczykom, a na ostatnie mecze władze klubu desygnowały juniorów. Ci zresztą, z szacunku do ofiar, byli dość ulgowo traktowani przez przeciwników. W dwa tygodnie po katastrofie reprezentacja grała towarzyski mecz z Austrią. Na trybunach wielka manifestacja poparcia dla Torino – a na boisko drużyny wyprowadził 6. letni syn wielkiego Valentino, Sandro Mazzola - obaj na fotografii po lewej. Okaże się on później świetnym zawodnikiem, bramkostrzelnym i świetnie dryblującym, kreatywnym napastnikiem, choć całą karierę spędzi w Interze Mediolan. Choć w chwili tragedii mieszkał z matką, bowiem rodzice małego Sandro byli od 1946 roku rozwiedzeni.

Wiele osób zginęło w tamtej katastrofie, ale kilku członków zespołu miało sporo szczęścia. Obrońca Sauro Toma i rezerwowy bramkarz Renato Gandolfi nie polecieli do Lizbony. Ten pierwszy akurat leczył się po kontuzji kolana i nie mógł zagrać z Benficą. Jego opowieść o tym dniu jest poruszająca:

- W tym dniu byłem na naszym stadionie Filadelfia na rehabilitacji. Wróciłem do domu i zobaczyłem około 30 - 40 osób zgromadzonych  przed moim domem. Jedną z nich, był znajomy, wziął mnie za rękę i powiedział co się stało. To był okropny dzień - padał deszcz i śnieg. Rzuciliśmy się do Superga i ludzie wielkim strumieniem pobiegli w dół ze łzami w oczach. Gdy przybyliśmy na miejsce zobaczył mnie prezes Novo i wziął mnie na bok i nie pozwolił mi iść dalej. On nie chciał żebym widział szczątki moich kolegów, przyjaciół.

Il Grande TorinoToma jeszcze dwa lata grał w barwach granatowych, ale silne emocje, które ciągle w nim tkwiły, jak również niezgoda z nową polityką klubu po tragedii nie pozwoliły mu wrócić do formy. Kontynuował karierę w Brescii i Bari, ale nigdy nie osiągnął sukcesów na miarę talentu.

Z kolei Gandolfi był dość mocno niezadowolony z powodu swojej nieobecności w Portugalii. Był wprawdzie rezerwowym golkiperem mistrza Włoch, ale pełnoprawnym członkiem drużyny. Jednak w ostatniej chwili przed wylotem poproszono go, by zwolnił miejsce dla Dino Ballarina, trzeciego wówczas bramkarza. Ten poleciał na własną zgubę i zginął razem z bratem, bardziej znanym wówczas Aldo, który był reprezentantem kraju.

Tyle zostało z samolotuTorino AC, później przemianowane na FC dziś gra w serie B (drugi poziom rozgrywek) – z pewnymi szansami na awans do elity. Przez ponad 60 lat od tragedii nie odbudowało swojej ówczesniej potęgi. W przeciwieństwie choćby do Manchesteru United, którego kilka lat później dosięgła podobna hekatomba. Wprawdzie w historii włoskiej piłki zaznaczyło swój ślad zdobywając tytuł mistrza Serie A w 1976 roku, ale to był jedynie epizod. Ale w pamięci Włochów Il Grande Torino wciąż żyje. Pozostały filmy, książki, kilkanaście stadionów, które nosi imiona członków wyprawy na mecz z Benficą…

 

 

Nie sprawdzimy tego, ale ciekawe jak potoczyłaby się historia piłki, gdyby do tej tragedii nie doszło. Czy w mistrzostwach świata 1950 roku znowu Włochy zdobyłyby tytuł (po raz trzeci z rzędu)? Czy królem strzelców byłby Valentino Mazzola? Tego nie wiemy… Ale jeśliby tak się stało – nie byłoby wspaniałego meczu finałowego Brazylia – Urugwaj na Maracanie, nie byłoby tamtego „końca świata”, o którym też na pewno na tym blogu kiedyś napiszę.

Bazylika na Wzgórzu Superga

Tłumy kibiców na  poogrzebie gwiazd

 

 

Honorowa lista

ofiar katastrofy z 3 maja 1949 roku - IL GRANDE TORINO

 

piłkarze:

Valerio Bacigalupo

Aldo Ballarin

Dino Ballarin

Milo Bongiorni

Eusebio Castigliano

Rubens Fadini

Guglielmo Gabetto

Ruggero Grava

Giuseppe Grezar

Ezio Loik

Virgilio Maroso

Danilo Martelli

Valentino Mazzola

Romeo Menti

Piero Operto

Franco Ossola

Mario Rigamonti

Julius Schubert

działacze:

Arnaldo Agnisetta

Ippolito Civalleri

trenerzy:

Egri Erbstein

Leslie Lievesley

masażysta:

Ottavio Corina

dziennikarze:

Renato Casalbore

Luigi Cavallero

Renato Tosatti

załoga:

Pierluigi Meroni

Antonio Pangrazi

Celestino D'Inca

Cesare Biancardi

organizator:

Andrea Bonaiuti

wtorek, 04 stycznia 2011

- - - - - - - -  ciąg dalszy poprzedniego wpisu - - - - - - - - - -

Brazylia mistrzem świata! Młokosy Pelé i Garrincha odkryciami turnieju! Za cztery lata powtórzą ten sam numer i na kolejne mistrzostwa do Anglii w 1966 roku pojadą jako wielcy faworyci. Tam, niestety, zawodzą i wracają już po rundzie grupowej, przegrywając z Węgrami i Portugalią. Ostatni, czwarty mundial Pelé zalicza w 1970 roku w Meksyku i tam Brazylia ponownie jest najlepsza. Po legendarnym już meczu finałowym z Włochami (aż 4:1 – jeden gol Pelé) to trzeci tytuł najlepszej drużyny w historii. W każdym z nich znaczący udział ma Król Futbolu. Pośród wielu rekordów, które ustanowił, jednym z najbardziej znaczących jest właśnie ten – trzykrotne mistrzostwo świata!

 

Być może gra Brazylii cztery lata później wyglądałaby lepiej, gdyby Król zagrał w Niemczech. Mimo 33 lat utrzymywał się w bardzo dobrej formie – sam prezydent Emílio Garrastazu Médici prosił go w imieniu narodu o wsparcie. Pelé odmówił. Kto wie – może dobrze, że tak się stało? Przecież III miejsce w tych mistrzostwach Polska zdobyła po wygranej właśnie z Brazylią.

pele jako jedyny piłkarz trzykrotnie wygrał Puchar ŚwiataW rozgrywkach klubowych Pelé także osiągał sukcesy. Przez prawie całą „poważną” jej część był wierny Santos FC, w barwach którego zdobył aż 10 tytułów mistrza stanu Sao Paulo (mistrzostwa kraju zaczęto organizować dopiero od 1971 roku), a sam Król aż 11 razy był królem strzelców! A jego poszczególne rekordy sezonu były imponujące – niektóre z nich: 1958 – 38 (gier)/58 (goli), 1959 – 32/45, 1961 – 26/47, 1962 – 26/37, 1964 – 21/34, 1965 - 30/49 … Tak, tak, ta pierwsza liczba oznacza liczbę spotkań, a druga to gole, nie odwrotnie! Na arenie międzynarodowej Santos także brylował – Copa Libertadores (taki południowoamerykański puchar mistrzów): 1962 i 1963, Puchar Interkontynentalny: 1962 i 1963 (jedyne tytuły w historii tego klubu).


W połowie lat 70. Pelé podpisał kontrakt z nowojorskim Cosmosem, gdzie strzelał sporo goli, choć nie tyle co w pierwszej części kariery. W 1977 roku swą karierę podsumował tytułem mistrza ligi NASL zdobytym z nowym klubem. Zresztą skład zespołu był doborowy – min Franz Beckenbauer, Giorgio Chinaglia, Mordechaj Spiegler, Carlos Alberto …

Jedno z najbardziej znanych zdjęć Króla Futbolu-po zdobyciu gola w MS w 1970 roku

 

Razem szacuje się, że Pelé w swej karierze rozegrał według różnych źródeł 1200 – 1400 spotkań w zespołach klubowych, w których strzelił ponad 1100 (wg innych danych nawet prawie 1300) bramek! Z kolei w reprezentacji mamy bardziej dokładne dane – 91 spotkań i aż 77 goli! Choć statystycy brazylijscy zaliczają wiele meczów nieoficjalnych, co daje bilans jeszcze bardziej efektowny 114 meczów i 95 goli.  Wyliczono, że podczas całej kariery Pelé zaliczył 92 hat-tricki (w tym 7 w reprezentacji), a raz nawet pokonał golkipera drużyny przeciwnej 8 razy (11-0 Botafogo, 1964)!


Niemniej ważne jest to, że Król Futbolu doskonale poradził sobie po zakończeniu kariery – mowa o biznesie, o roli ambasadora futbolu. Niestety, nie do końca wyszło mu w życiu osobistym – rozwód i ponowny ślub w 1996 roku. A także kłopoty z synem Edinho - zdjęcie poniżej (też próbował sił w futbolu – na pozycji bramkarza, ale bez większych sukcesów) – wyrok za spowodowanie śmierci podczas nielegalnych wyścigów, afera narkotykowa w 2005 roku … Jednak jeśli mówimy o działalności publicznej to Pelé ma wiele sukcesów. Prowadzi szerokie przedsięwzięcia, na ogół z sukcesami już od początku lat 70. W 1969 roku podczas tournee reprezentacji Brazylii po Afryce ogłoszono zawieszenie broni w domowych potyczkach w Nigerii z powodu przyjazdu Króla Futbolu.

Edinho, syn    Pelego, próbował swych sił jako bramkarz - bez większego powodzenia

Od wielu lat były piłkarz jest ambasadorem UNICEF i ONZ – Ambasador Brazylii przy ONZ, JB Pinheiro powiedział: "Pele grał w piłkę przez 22 lata i w tym czasie zrobił więcej w celu promowania przyjaźni i braterstwa na świecie niż jakikolwiek inny ambasador w dowolnym miejscu".  W Santosie dzień 19 listopada corocznie obchodzony jest jako „Pelé Day” – na pamiątkę zdobycia przez Króla tysięcznego gola w karierze tego właśnie dnia 1969 roku. Pelé napisał lub był współautorem kilku książek, grał w filmach, a nawet przez kilka lat był ministrem sportu w rządzie Brazylii. Na dodatek w mieście Maceió jego imieniem nazwano lokalny stadion - w oryginale Estádio Rei Pelé, czyli stadion Króla Pele.

Rozpoczynając pisanie pierwszej notki celem było zmieszczenie się w takiej objętości, by mogła stanowić jeden wpis. Niestety, podejście okazało się zbyt optymistyczne.  A przecież ledwie postać najwybitniejszego piłkarza w historii została ledwie nakreślona. Po zakończeniu jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że wybór Króla Futbolu na otwarcie mojego bloga był dobrą decyzją. Tak, pamiętajcie wszyscy młodzi i starsi kibice – Pelé jest tylko jeden, Pelé to Król. Wielcy byli Alfredo di Stefano, Ferenc Puskas, Johan Cruijff, Diego Maradona, Zinedine Zidane czy w dzisiejszej dobie Lionel Messi lub Cristiano Ronaldo. Piłka w każdej epoce miała gwiazdy, wirtuozów czy artystów. Ale Król był, jest i będzie tylko jeden – P E L E.

poniedziałek, 03 stycznia 2011

Zastanawiałem się jaki wybrać temat przewodni na pierwszą notkę tegopiłkarskiego bloga. Plan mam bowiem szeroki. Tematów – całe mnóstwo! Piłka w moim życiu jest obecna „od zawsze”. Nie jest więc problemem znalezienie czegoś ciekawego, wręcz pasjonującego, żeby przybliżyć czy przypomnieć to Szanownym Czytelnikom. Ale po dość krótkim namyśle podjąłem decyzję: Pelé!

Pele w pierwszych latach kariery

Pomyślałem o swojej drodze, o tym, jak byłem małym chłopcem i chłonąłem numery chudego i brzydkiego wtedy „Przeglądu Sportowego” czy „Piłki Nożnej”. Jako ośmio- czy dziewięciolatek wiedziałem wprawdzie, że istnieje coś takiego jak „katowicki Sport”, później też usłyszałem o „Tempie” wydawanym w Krakowie. Mój kolega dostawał też (na zamówienie, w zasadzie spod lady!) tygodnik "Sportowiec". I myślę, że sam temat zdobywania gazet w latach siedemdziesiątych sam w sobie wart jest opisania, ale to temat na pięćdziesiątą albo i setną notkę.

Wracając więc do tamtych czasów pamiętam doskonale, jaki wpływ miały na mnie teksty redaktorów Mirosława Skórzewskiego, Jerzego Zmarzlika, Macieja Polkowskiego w „PS” czy Mieczysława Szymkowiaka i niedawno zmarłego, Romana Hurkowskiego w „PN”. Do dziś mam w oczach specjalne wydanie (kolorowe!) „Piłki Nożnej”, gdzie były członek kapitanatu (było coś takiego, opiszemy, opiszemy kiedyś…, ), czyli takiego jakby zespołu selekcjonerów reprezentacji Polski, opisuje siedem największych jego zdaniem gwiazd w historii futbolu. Jaszyn, Garrincha, di Stefano, Pelé, Puskas, Beckenbauer i Cruijff… Nie mam najmniejszego problemu, żeby z pamięci wypisać tych piłkarzy. A tekst czytałem prawie 30 lat temu! Dlatego podejmując decyzję o napisaniu tej notki długo nie myślałem. Z poczucia odpowiedzialności, z wewnętrznego przekonania zapadła decyzja - tekst otwierający bloga musi być poświęcony najlepszemu w historii piłkarzowi, Królowi Futbolu Pelé.

Pele w mistrzostwach świata 1958

Wiele napisano o tym piłkarzu. Jego życiorys - nie tylko piłkarski - znany jest całemu światu na wylot. Jego gra – również. Rozegrał mnóstwo spotkań, nie tylko na wielkich imprezach, jego drużyny, zarówno Brazylia jak i Santos odbywały wiele tournee – także w egzotyczne miejsca. Wprawdzie karierę zakończył ponad 30 lat temu, ale wiele jego występów odbywało się już w erze telewizyjnej. Dziś dostępne są w formie elektronicznej na portalach piłkarskich i nie tylko. Jednak jest pewien kanon, klasyka związana z tym Wielkim Piłkarzem, którą grzechem byłoby pominąć. Po pierwsze – wspomniana wyżej klasyfikacja, a raczej zestaw gwiazd. Bardzo trudno porównywać piłkarzy grających w różnych epokach. Jest to trudne w sportach wymiernych, takich jak lekkoatletyka czy pływanie – technologia treningu, sprzętu a także taktyki, odżywianie i wiele innych kwestii niesamowicie na przestrzeni dziesięcioleci się zmieniło. Dlatego nawet w tych dziedzinach porównania są ryzykowne. A co dopiero w futbolu. Jednak Pelé był wyjątkowy! Wraz z upływem czasu coraz więcej osób, także fachowców, docenia rolę argentyńskiej gwiazdy lat osiemdziesiątych, Diego Maradony. We wspomnianym zestawieniu z początku lat 80. z oczywistych względów nie mógł on być brany jeszcze pod uwagę. Ale i na początku lat 90., poza umieszczaniem go w gronie wybitnych postaci, raczej na króla mało kto go koronował. Ja osobiście też stawiam go bardzo wysoko. To jeden z pierwszych tak Wielkich piłkarzy, którego karierę śledziłem można powiedzieć od początku. Wiem, co zrobił dla reprezentacji albi-celestes w 1986, a nade wszystko w 1990 roku. Podziwiam jego rolę w Napoli, które przecież nigdy nie należało do tuzów włoskiej ekstraklasy – a boski Diego dał temu klubowi aż dwa Scudetto, Puchar UEFA, Puchar Włoch i SuperPuchar Włoch. To niewątpliwie geniusz piłki nożnej. Ale Maradona to taki Mozart futbolu. Genialny, zwariowany, nieobliczalny (vide MS 1994). A Pelé? To bardziej Beethoven!

Pele z kolegami z Santosu

Międzynarodowa kariera Edisona (co do imienia jest pewna wątpliwośc, ale wyjaśnimy ją przy innej okazji) Arantesa do Nascimento – bo tak brzmi pełne nazwisko mistrza – rozpoczęła się od niezapomnianych mistrzostw świata w 1958 roku, które odbyły się w Szwecji. Wprawdzie w meczach z Austrią (3-0) i Anglią (0-0) jeszcze nie zagrał, ale w ostatnim meczu grupowym, 15 czerwca 1958 roku na stadionie Nya Ullevi w obecności 50 tysięcy widzów z numerem 10 w reprezentacji canarinhos po raz pierwszy z mistrzostwach świata wybiegł na boisko Pelé. Co ciekawe – w tym samym meczu debiut zaliczyli także inni znakomici gracze, Garrincha i Zito. Roszady w składzie przyniosły właściwy skutek, bo Brazylia pewnie pokonała Związek Radziecki po dwóch bramkach, które zdobył Vavá. Dzięki temu podopieczni Vicente Feoli wyszli z grupy D na pierwszym miejscu i w ćwierćfinale trafili na Walię. Zgodnie z oczekiwaniami Brazylia wygrała ten mecz, a Pelé w 66. minucie zdobył swą pierwszą bramkę w finałach mistrzostw świata, pozostając do dziś najmłodszym piłkarzem, który pokonał bramkarza podczas Pucharu Świata – mając 17 lat i 239 dni!

Co ciekawe, nie zawsze do dziś podawane są prawidłowe dane na ten temat. Na przykład na stronie Telewizji Polskiej możemy dowiedzieć się, że pierwszego gola na tym turnieju Król strzelił w meczu ze Szwecją. A on w tym spotkaniu (zresztą był to Wielki Finał) pokonał Kalle Svenssona, i to nawet dwa razy. Z tym, że było to całe 10 dni później. W międzyczasie trzy razy strzelił do siatki w meczu półfinałowym z Francją (najmłodszy do dziś strzelec hat-tricka w finałach!) i sześć trafień w całym mundialu dało mu wespół z Niemcem Helmutem Rahnem tytuł wicekróla strzelców turnieju. - - - - - -  [c.d.n] - - - - - -

 
1 , 2
Archiwum